niedziela, 22 czerwca 2014

Ciotka Idalia w krainie dziwów



Wśród przeróżnych osobliwości osiedla, na którym mieszkam, największym jest gimbaza umiejscowiona tuż pod moim oknem. Jak tylko pogoda zrobi się słoneczna, co niedzielę organizowane są tam jakieś festyny rodzinne. Nie wiem dla kogo, toż tu same single po sześćdziesiątce, ewentualnie pary lesbijek, ale jak wiadomo w Polsce taka rodzina jest nielegalna. Kiedyś bardzo się zdziwiłam, bo podczas takiego festynu zagrał jakiś zespół metalowy, którego muzyków spotkałam tego samego wieczoru w pubie. To mi trochę przypomina program śniadaniowy w TVN: najpierw wspólnie pieczemy szarlotkę, później dzieci wypowiedzą się o tym, dlaczego fajnie być przedszkolakiem, a na deser old- szarpidruty z dzielni zagrają cover piosenki „Enter sandman”. Dla każdego coś dobrego! I tak lepsze to niż równie częste spotkania anonimowych katolików, które gromadzą tłumy (!) młodych (!!!!) ludzi w parku obok. Ale o tym nie będę się rozpisywać. Choć może powinnam oskarżyć ich o obrazę mojego zdrowego rozsądku, albo zmusić do odwołania kolejnego zlotu tak, jak oni doprowadzili do odwołania spektaklu na Malta Festival…

Nic jednak nie jest równie fascynujące jak autochtoniczni mieszkańcy osiedla. Wyobraźcie sobie, że podczas spaceru widzicie dziewczynę odzianą w taki zestaw:




Must have sezonu.
Do tego twarz cała w piercingu (gdzie ona ma oko, a gdzie nos??) oraz rekwizyt, który idealnie koresponduje z całością postaci: 




Swoją drogą, spacer to moja ulubiona część dnia. Po pracy albo uczelni lubię się poprzyglądać otoczeniu, choć w poprzedniej lokalizacji napotykałam znacznie ciekawsze zjawiska. Tutaj to największe emocje zapewniają mi Cygan wołający za mną „Kochanie! Zaczekaj!” oraz dzieciaki wykrzykujące w eter „Jebać szatanów”. Do pogłębionych refleksji skłaniają również zasłyszane rozmowy jakże nielicznych tutaj moich równolatków. „Ja do pracy nie idę. Praca to chuj”- mówi często jeden z nich. To mi przypomniało smaczek z „Zoologii fantastycznej”, w której czytałam, że wg Kartezjusza małpy mogłyby mówić gdyby tylko chciały, ale milczą, żeby nikt nie kazał im pracować. Może rzeczony chłopak powinien wziąć przykład z naszych małpich krewniaków, niosłoby to obopólne korzyści: on nie musiałby pracować, a inni nie musieliby słuchać jego biadolenia.
Jedynym widokiem, który mnie naprawdę raduje jest junior metal z mojej klatki (długie KRĘCONE jasne włoski, obowiązkowo kostka i glany, a wiek na oko poniżej 15 roku życia).

CDN.

Pozdrowienia z miasta, w którym porządku strzegą strażnicy miejscy z niedowładem ręki, a każda perfekcyjna pani domu oraz ciężko pracujący ojciec rodziny po 40 ma jako dzwonek telefonu to.

__________________________________________________________________________________
__________________________________________________________________________________
Playlista:














piątek, 15 listopada 2013

Break down the wall!


We wczesnym dzieciństwie było mi dane mieszkać w najpiękniejszym z miejsc tego świata. Miejsce to składało się z piętrowego domeczku, pól pełnych zboża i tytoniu, krzyża pośrodku pola i bądź co bądź zarośniętego ogródka. Raj dla małej dziewczynki zakochanej w przyrodzie. (I nawet mi jeszcze ten krzyż nie przeszkadzał, ale o tym później). Wyprowadzka do 100-tysięcznego miasta była dla mnie koszmarem porównywalnym do późniejszej wyprowadzki do miasta 600-tysięcznego. Nagle znalazłam się w środowisku, które nie dość, że było odpychające wizualnie, to jeszcze obce kulturowo (człowiek ze wsi wyjdzie, wieś z człowieka nigdy…). No i te zasady. Całkiem nowe jakby nie patrzeć. Stój na czerwonym, idź na zielonym. Nie wychodź sama na ulicę i nie bierz nic od obcych. W przedzkolu można bawić się dopiero jak pani pozwoli. A teraz spać, bo dobranocka się skończyła, a na podwórku nie ma już innych dzieci.
            Jeśli założyć, że człowiek rodzi się jako czysta karta, to moja właśnie wtedy zaczęła zapełniać się tym gównem, które do dziś staram się z siebie zeskrobać.

            Co było później? To samo, co u Was. Tak, bo każdy z nas został przemielony przez tę maszynkę w identyczny sposób, obojętnie czy pochodzi z Warszawy, czy z Pierdziszewa Kolonii. Maszynka ta została wykonana w Chinach albo na Tajwanie według określonego wzoru ustalonego przez Producenta i proces jej działania jest wart dokładnie tyle, na ile wyceniana jest praca tych ludzi w tajwańskiej fabryce.


Na maszynkę składa się wiele modułów, lecz wbrew pozorom, nie jest to zbyt skomplikowany zestaw modułów.

            Meighan pisze o „ukrytym programie”, według którego przebiega edukacja w szkołach. Program ten wpływa na podświadomość i świadomość poddanych mu osób, a jest „ukryty”, ponieważ nie jest oficjalnie zatwierdzony przez państwo, a stanowi jedynie część pewnego rodzaju tradycji. A przecież, jak powie każda zapuszkowana w prehistorii konserwa, tradycja jest tradycją i wara od niej!
            Co składa się na „ukryty program edukacji”? Mówiąc najogólniej (i wcale tu nie przesadzam): wszystko.

- Ustawienie ławek przodem do nauczyciela- autorytetu, który może być wprawdzie wspaniałym człowiekiem, ale z dniem 1 września staje się dla gromadki dzieciaków ikoną, której pod różnymi postaciami będą lizać zad do końca życia. Nie mówiąc już o hierarchii, która sytuuje cię na samym dole drabiny społecznej i zapewnia wszystkie właściwe jej upokorzenia. Bo wiadomo: na pierwszy szczebel wchodzi każdy, nie ważne czy w czystych butach, czy ubłoconych. Nie każdy wspina się na szczeble kolejne, dlatego zawsze może spać na ciebie błoto z buciorów tego, który wszedł wyżej.

- Ocenianie wiedzy to kolejny element tego, co wpaja nam szkoła. Wpasuj się w widełki, a dostaniesz to i to. A przy okazji pamiętaj o rywalizacji, inni też zbierają oceny za swoją pracę, a przecież zasada jest prosta: wyrównujemy do góry, nigdy w odwrotnym kierunku. Proste, nie?

- Coś, czego najbardziej nie mogę znieść, to rozwarstwienie płciowe. Osobny wf dla dziewczynek i dla chłopców (no bo przecież zobaczyć koleżankę w krótkich sportowych spodenkach to grzech śmiertelny! Ale do religii jeszcze wrócę. Tak, tak, uwielbiam ten temat). W młodszych klasach zróżnicowanie zabawek: kącik lalek i kącik samochodów. I od razu wiesz, gdzie spędzisz resztę życia. W dodatku zabawki dla dziewcząt są przeważnie jedno- lub kilkuczęściowe (lalka, wózek, torebka- „rośnie nam młoda dama”), natomiast chłopcy cieszą się zabawkami bardziej złożonymi, takie tam zestawy młodego ginekologa, które wymagają aktywności poznawczej i umiejętności manualnych (zabawki typu majster-klepka).  Jeśli w szkole są mundurki (a zdarza się to jeszcze), to dla dziewczyn obowiązkowy jest różowy detal w ubiorze, ewentualnie błękitny, wszak wszystkie dziewczynki lubią te kolory. Tak więc różne aspekty życia szkoły wzmagają seksizm, zamiast go unicestwiać. Od dziecka jest to nam wpajane i najczęściej nie walczymy z tym schematem w przyszłości.

- Inne elementy „ukrytego programu” to między innymi krzyże na ścianach („zachowuj się, bo Bozia patrzy!”, „to jest twój Bóg w Trójcy Jedyny Prawdziwy”- WTF?), zasady życia w klasie i ogólnie rzecz biorąc przebywanie przez większość młodości w miejscu o określonej strukturze.

No i wszystko to przyczynia się do zaniku indywidualności. Nie mam na myśli indywidualnych zainteresowań, bo one i tak się gdzieś tam i jakoś tam na wierzch wybiją. Myślę bardziej o skrajnej odmianie konformizmu, która każe postępować zgodnie z regułami życia społecznego, których autorem nie zawsze jest litera prawa, rodzic czy Bozia. Czasami te reguły istnieją, bo istnieją i nikt nie wnika dlaczego tak jest.

A teraz jestem dorosła i co? Nie możesz mieć żony, bo jesteś kobietą. Nie zakładaj bluzki ze świętą Teresą, bo to obraża uczucia religijne pani Jadzi z siódmego. Jedz dużo wołowiny, bo żelazo. Kup pięć proszków do prania, a dostaniesz maść na ból dupy całkowicie za darmo. A do pracy to tylko w korporacji, bo awans, prestiż.  Wyjdź za mąż, pracuj, dorób się dzieci, idź na emeryturę i umrzyj. A co jeśli ja chcę inaczej?




Presja społeczna nigdy się nie zmniejszy. Jeśli do trzydziestki nie znajdę sobie męża, to okrzykną mnie starą panną, albo, jak to się modnie i eufemistycznie przyjęło nazywać- singielką. Ale ja nie jestem/nie będę ani jednym, ani drugim. Jestem człowiekiem, do cholery!

Wielu aspektów nie będę rozwlekać. Na przykład, jak można to roboczo nazwać, „ukrytego programu życia codziennego”- reklam skłaniających do zachowań z pogranicza konsumpcjonizmu, państwa, które zaplanowało dla mnie rajskie życie po 65. roku życia pod warunkiem, że podpiszę z nim cyrograf… No i pozostaje jeszcze kwestia czarnej masy zbierającej się raz w tygodniu z świątyniach kształtem przypominających skocznie narciarskie, względnie jakieś bliżej nieokreślone ptactwo. Ostatnio odwiedziły mnie dwie panie reprezentujące dość radykalny odłam tej masy ludzkiej, chcąc uraczyć mnie gazetką o brodatym, cóż, całkiem przystojnym na obrazku, mężczyźnie. Nie otworzyłam im. Nie chciałam kolejnej kłótni na klatce schodowej (no bo co sąsiedzi powiedzą- ahaaaa, kolejny schemat w mojej głowie). Indoktrynacja Jezusowa trwa już dosyć długo, jeśli spojrzeć na oś czasu dziejów świata. W mojej rodzinie zindoktrynowani są wszyscy, nie licząc jednej bliskiej mi osoby, która kiedyś powiedziała: „Pan Jezus zrobił wszystkich w chuja. Zabili go, a on zmartwychwstał”. Racja, Jezus nosił w sobie potencjał jednego z pierwszych (nie licząc Spartakusa ;)) buntowników. Ale po co to cała otoczka? W zasadzie lubię Jezusa (nie tylko za przemianę wody w wino). Jego przesłanie było proste: kochajcie się, miejcie nadzieję, bądźcie wierni, a będzie wam dobrze. Wszelkie interpretacje są tutaj zbędne, ale czarni muszą dołożyć swoje. I w dodatku każdy musi się z nimi liczyć. Działają według zasady: chcemy konkordatu z państwem, żeby wszędzie były krzyże, żebyśmy mogli wszędzie przystawiać pieczątki, ale jak ktoś nam na spowiedzi powie, że zabił człowieka, to my go wydać pod sąd nie możemy, bo tajemnica sakramentu!
Ufffff…aż odeszłam od tematu.
Faktem jest, że zdarzyło mi się bać o swój licencjat, bo pokłóciłam się na obronie z promotorem o krzyże w przestrzeni publicznej. To też mnie z lekka irytuje, bo jak odmawiam komuś wejścia z nim do kościoła, to spotykam się ze zmieszaniem połączonym ze wzgardą. Ale ja nie lubię kościołów. Unikam.
Jestem pewna, że to nie wybuch superwulkanu zniszczy świat, ale któraś z religii albo nacjonalizm. Albo jedno i drugie, bo są w istocie bardzo do siebie podobne.

Może pierdolę bez sensu. (Kurwa! Rozpisałam się na 7 tysięcy znaków!). Może ktoś powie, żem malkontent i że mój bunt daremny, bo gdyby mi zabrali to, co mam, to od razu bym się wpasowała w społeczny model postępowania. Powiem tak: doceniam ciepłą wodę w kranie i ładne odzienie, mam to dzięki tym wszystkim czynnikom społeczno-kulturowo-państwowym, które tak mnie wkurwiają. WIEM. Ale czy musimy hodować kolejne pokolenia, które będą chowały się w duchu tych samych wartości? Wiem, że z moimi poglądami na nauczanie i wychowanie, o których rozwlekę się innym razem, mam wielkie szanse zostać obłożona anatemą pośród polskiego szkolnictwa. I pracy mogę nie znaleźć. Bo poglądy niestandardowe, a i wygląd wariacki (ktoś ostatnio splunął na widok mojej fryzury). Ale czy wolno mi być inną przedszkolanką niż pani Irenka w beżowej garsonce? Myślę, że tak i o to będę walczyć.


Daddy's flown across the ocean
 Leaving just a memory
 A snapshot in the family album
 Daddy, what else did you leave for me?
All in all it was just a brick in the wall


Dlaczego o tym piszę właśnie teraz? Bo takie są ogólne przemyślenia moje i żony mojej. I obie jesteśmy w takim momencie życia, który skłania nas do powiedzenia głośno i wyraźnie:

Wkurwia nas to!


 
Warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden aspekt, który podjęłyśmy w rozmowie: związek dwojga ludzi jako skrajna forma niewolnictwa. Ale nie będę indoktrynować. Nie będę udowadniać, że mam rację. Niech każdy to rozważy na swój sposób. Moje zdanie i tak pewnie wyda się niektórym mocno przesadzone.

Polecam:



sobota, 21 września 2013

Są na świecie rzeczy...


Jak siedzi się albo- nie daj, Boziu!- leży z krążkiem międzykręgowym gdzieś obok kręgosłupa, przychodzą człowiekowi różne dziwne rzeczy do głowy.
Mówię to z wielkim przekonaniem, bo sama tak leżałam parę dni i z konieczności wypełnienia czymś przeleżanego czasu czytałam… Frondę.
Po przewertowaniu świadectw dziewczyny opętanej przez gry RPG (!) i księdza uzależnionego od fetyszy, trafiłam na prosty i mało błyskotliwy artykuł o rytuale inicjacji lucyferycznej czyhającej na nieświadomego Polaka podczas wakacji. Najbardziej zainteresował mnie fragment o salonach spa, w których rzekomo dochodzi do tego rodzaju obrzędów. Oczywiście wszystko odbywa się pod przykrywką zabiegów pielęgnacyjnych i upiększających.

Czasem określenie „rytuał” wydaje się być stosowane jako bezmyślny zamiennik słowa „zabieg” jak na przykład w sformułowaniu „Tropikalny rytuał pozwalający oczyścić i złuszczyć martwy naskórek przy jednoczesnym wygładzeniu skóry.”

Racja. Przed przejściem na ciemną stronę mocy trzeba sobie profilaktycznie wygładzić naskórek, bo podczas podróży przez ostatni krąg piekła  może trochę zmatowieć. 
Nie muszę chyba dodawać, że z równie dużą stanowczością acz skrótowo dostało się innym iście demonicznym obrzędom, np. technikom ajurwedy i akupunktury- wg autora artykułu „nie wymagają one komentarza”. Widocznie już sam dźwięk tych nazw jest tym, co imię Voldemorta dla czarodziejów z Hogwartu.

Do spa nie chodzę, ale z pewnością szatan się mną interesuje, zwłaszcza, że podczas dwóch ostatnich bezsennych nocy poddałam rzeczony artykuł z Frondy intensywnej rozkminie i doszłam do wniosków, które zaskoczyły mnie samą. Nie wiem, czy to pod wpływem silnych leków przeciwbólowych, czy w efekcie małej ilości snu, skonstatowałam, że moje życie jest wypełnione „lekkim okultyzmem” i że trzeba uważać na każdy gest i słowo, bo przecież one są pełne mocy niekoniecznie pozytywnej.
Oliwy do ognia moich rozmyślań dolała audycja w Radiu Zet, też zresztą zasłyszana w czasie nasilonego bólu i na lekach, traktująca o szamańskich obrzędach ludów Ameryki Południowej. Prowadząca audycję, doświadczona podróżniczka, polecała autorce skierowanego do niej listu udać się do dżungli, aby tam odprawić magiczne obrzędy, które pomogą jej pozbyć się problemów dnia codziennego i depresji. Podróż w głąb lasów deszczowych miała być konieczna, ponieważ magia szamańska ma moc sprawczą tylko i wyłącznie w odpowiednich warunkach naturalnych. Przeniesiona na grunt wielkich miast stanowi natomiast ogromne zagrożenie dla duszy i umysłu.
Ja poleciłabym jej dobrego psychologa. Bo skoro ktoś ma problem z umysłem (nie z [potencjalną] duszą), na co wskazują stany depresyjne, to tylko do takiego specjalisty powinien trafić. Zasadniczo zgadzam się ze słowami mojego ulubionego wykładowcy psychologii: „Duszą zajmuje się kler, my (psychologowie) zajmujemy się umysłem”. Zasadniczo i zawsze, oprócz tych dwóch nocy, podczas których widocznie mój umysł mnie opuścił.
Przeżywałam niesamowite schizy, przez pół nocy wyobrażając sobie fale tajemniczej energii płynące z pni wielkich sekwoi oraz złe moce czające się w każdym atomie powietrza.

A potem się obudziłam.

Mówią, że czytanie rozszerza horyzonty (pozdrawiam panią od polskiego, tak, czytam literaturę), więc na pewno i Fronda nie zaszkodzi, choć zważając na jej kiepski poziom językowy… sama nie wiem, czy do końca nie zaszkodzi ;P Pewnie prędko do niej nie zajrzę, bo nadmiar informacji typu „22 tysiące Polaków sprzeciwia się homoseksualnej dyktaturze” i „artysta chce zmienić blok mieszkalny w pomnik Jezusa” przyprawia mnie o bardziej dotkliwą chorobę niż ta, z której dopiero co się wyleczyłam.
Dziś już siedzę, leków nie dostaję i znowu myślę po staremu. Po południu pewnie przejadę się do grudziądzkiego solankowego spa, żeby się trochę posatanizować.
Moje życie duchowe jest mimo wszystko bardzo bogate.



Polecam się zapoznać, bo może właśnie chłoniecie złą energię, jedząc brokuły albo oglądając „M jak miłość”.

PS- Pamięć bywa zawodna. Zwłaszcza moja. Zwłaszcza po pijaku. Dlatego zapytam: kto mi kiedyś opowiadał o salonie spa albo jakimś innym tego typu miejscu, na którego suficie była wymalowana (ułożona z ciegieł?) ogromna swasta? Jakieś szczegóły?

czwartek, 5 września 2013

Centrum światowego undergroundu ze stolicą w Grudziądzu dorobiło się nowego ronda. W zasadzie nie jest nowe, ale dopiero je odkryłam. To taki element zaskoczenia przy codziennym oglądaniu miasta zza szyby auta albo i bez szyby, co bardziej utrwala rzeczony element w pamięci. W obliczu podobnej niespodzianki stanęłam podczas krucjaty do ścisłego centrum światowego centrum undergroundu- osiedla Mniszek. Okazało się bowiem, że pośrodku (czyli w centrum centrum centrum [światowego]) stoi oto blaszany baraczek (i nie chodzi tu o małego Obamę), w którym bardzo przyjemnie spędza się czas sącząc wino. Albo co innego.

Wychodząc z domu o godzinie 13, minęłam w bramie typeczka w białej kapturzastej bluzie oversize i ogromnym tribalem na łydzie. Przeszłam obok niego spokojnie. To w końcu tylko koksik na chudych nóżkach- wielu tu takich (prawie sami tacy). Wracając o godzinie 15 spotkałam go znowu, stał dokładnie w tym samym miejscu! Zastanowiło mnie to szczerze, bo: 1) z pewnością był to koksik obcy, na pewno nie z najbliższej okolicy, tych zna się z widzenia, po co więc stał tu przez bite dwie godziny? 2) co mu się stało, że tak znieruchomiał? Może to te chude nóżki nie miały siły ponieść napakowanego torsu dalej… Moje pełne koksikowych rozterek serce uspokoiło się dopiero, kiedy opuściłam mieszkanie po raz wtóry i minęłam moje zacne LO. Po zakończonych lekcjach wysypała się z niego bowiem zwarta masa młodzieży, wśród której dostrzegłam kilku (!) kinder metaluszków i dwóch (!) kinder punków. Jest jeszcze nadzieja, że centrum światowego undergroundu (niegdysiejsze) wyjdzie z mroku kulturowego nieporozumienia, którego obecnie doznaje. Cała nadzieja w tych kinderach i tych ludziach, których spotkałam w mniszkowskim blaszaku.

Takie to przemyślania przychodzą mi do głowy po dwóch czarnych szmatach w mieście, które słynie z odcinka „Rodzinki.pl” (tak, tak moi drodzy, jutro będą kręcić…), w którym władza nie odróżnia młodzieży alternatywnej od młodzieży coolclubowej, które z Góry potrafi zrobić dziurę oraz gdzie „mentalna Kambodża” to najpopularniejszy kierunek w myśleniu.










piątek, 21 grudnia 2012


Z powodu końca świata działalność tego bloga zostaje zawieszona. Aż do odwołania w przyszłości.
Dziś nawet wizytę u okulisty mi odwołano. Ciekawe, czy to sprawka strachu przed ostatnią godziną ludzkości?

Przez Australię koniec świata przetoczył się z impetem już dobrych parę godzin temu. I nic się u nich nie zmieniło- nadal chodzą do góry nogami.
Tymczasem w Grudziądzu wielkie zmiany. Mimo że Wisła płynie nadal w tym samym miejscu (i płynie w ogóle), to jej nurt niesie kawałki lodu i zbitego śniegu, które nigdy wcześniej Grudziądza nie widziały. Mało tego, dzieciaki, które powinny być o tej przedpołudniowej porze na wagarach na Błoniach (w końcu to ostatni dzień przed przerwą świąteczną!) (i- ponoć- ostatni dzień w ogóle), siedzą w szkołach. Niebywałe, nie? Sprawdziłam to, one naprawdę siedzą w szkołach.
(...)

Po drugiej, ciemnej stronie umysłu kołaczą mi się innego rodzaju myśli. Nie ostateczne, których dziś niemało na każdym kroku, tylko prymarne i świeże. Nie umiem ich opisać i poukładać, bo- jak już wspomniałam- znajdują się one po ciemnej stronie umysłu, do której dostęp mam tylko w fazie snu paradoksalnego. Nie umiem powiedzieć też, czego dotyczą. Wiem po prostu, że są.
To taki objaw grudziądzkiej schizofrenii, która dotyka mnie tu za każdym razem.
(...)

________________________________________________________________________________
________________________________________________________________________________
Playlista na dziś:





czwartek, 30 sierpnia 2012

Kiedyś idąc sobie grunwaldzką alejką, spotkałam mojego Anioła Stróża.
- Aniele, to ty?
- To ja.
- Zawsze myślałam, że jesteś ślepy. Albo jakimś gogusiem w ciemnych okularach. A ty nawet przystojny jesteś…
- No widzisz. Może dotychczas źle rozumiałaś moje intencje.
- Ja ich w ogóle nie rozumiem, mój Aniele.
Później poszliśmy na piwo do jakiejś knajpki, która pojawiła się na osiedlu po prostu znikąd. Nazywała się Kana Galilejska, lecz niestety woda nie zamieniała się tam w wino; służyła jedynie do psucia esencji browara. Od słowa do słowa wyjaśniliśmy sobie z Aniołem wszystkie kwestie, które nas dręczyły. Okazało się, że nie tylko on- jak wcześniej sądziłam- jest „ślepy”. Myślałam, że prowadzi mnie w ciemne zaułki dlatego, że niedomaga na oczy. Albo że jest popierdolony. Albo jedno i drugie. Obie te cechy były prawdziwe. Ale- jak ujawnił mi Anioł- ja też je posiadałam, nawet w nadmiarze. Podobno Anioł nie jest losowo przydzielany do konkretnego człowieka. Anioł i człowiek wybierają się nawzajem, muszą do siebie pasować. Wychodzi więc na to, że też jestem ślepa i popierdolona.
Po piątym piwie stwierdziliśmy, że trzeba wracać do roboty: on do stróżowania (Bóg dał mu wolne wieczory tylko w piątki, a tego dnia niestety był wtorek…), ja do wychodzenia z ciemnych zaułków.
Dopiero po tej rozmowie wiem, jak się za to zabrać. Zobaczymy.


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Magia parafraz wszelakich cz. 1.

Czy zastanawialiście się kiedyś, w jaki sposób można pokonać Demona? Ja tak. Po długich rozczarowujących przemyśleniach stwierdziłam, że najlepiej wyjaśnia to pewna biblijna przypowieść o tym jak Jables i Kage przechytrzyli Szatana. Przypowieść brzmi mniej więcej tak:
Pewien wielce pobożny człowiek miał dwóch synów. Jeden z nich, starszy i stateczny, wyznawał wiarę ojca, modląc się gorliwie całymi dniami. Młodszy syn o imieniu Jables nie był równie bogobojny jak ojciec i brat; porzucił wiarę przodków dla Boga Dźwięku. Pewnego razu, kiedy ojciec zawezwał swoją rodzinę na wieczerzę, młodszy syn odmówił jej spełnienia. Gdy ojciec zainicjował modlitwę, Jables wskazał na plugawe symbole swojej religii na swoim ubraniu i odezwał się w te słowa do ojca: „Ileż to lat znoszę w tym domu zniewagę dla mojej wiary? Iluż sług mojego Pana przegnaliście z mojego progu? Gardzę wami tak jak wy gardzicie mną. Zostańcie przeklęci w imię Boga Dźwięku!”. Na to ojciec rzecze: „Nie wiesz, co czynisz, synu! Grzeszysz przeciwko Bogu! Póki mieszkasz pod dachem moim i z moich rąk jesz chleb, będziesz słuchał mego Pana!”. To rzekłszy, ojciec podążył czym prędzej do samotni młodszego syna i z mocą swego Pana zniszczył wszystkie obrazy pobocznych bóstw wyznawanych przez syna. Jables napełniony rozpaczą
i rozgniewany na ojca zamknął się w samotni i odkrył, że ojciec nie zdołał zbezcześcić jedynego wizerunku Boga Dźwięku. Ogarnięty pobożną ekstazą, podniósł oczy ku swemu Bogu i zawołał: „Boże, czy mnie słyszysz? Bądźże mym przewodnikiem w tej ziemskiej wędrówce, bo zagubiłem się wielce! Nie wiem, co mam uczynić; mój ojciec myśli, że grzeszę, a ja przecież przed Twym ołtarzem wznoszę obrzędy!” Wtedy to Bóg usłyszał jego wołanie, wstał ze swego tronu, wyciągnął rękę do Jablesa i powiedział: „Widzę, synu, żeś mi wierny. Podążaj więc za mym słowem i zrób tak, jak ci powiem. Udaj się do Miasta Upadłych Aniołów, to daleka droga przez piaski pustyni i wody oceanów, lecz gdy tam dotrzesz, będziesz mógł mnie czcić do kresu swych dni!”. Na to uradowany Jables spakował kawałek przaśnego chleba i bukłak z źródlaną wodą
i wyruszył na poszukiwanie owego miasta.

KONIEC PIERWSZEJ CZĘŚCI PRZYPOWIEŚCI

________________________________________________________________________________
________________________________________________________________________________










środa, 30 maja 2012

Pochwalony. Ja do Ciotki Idalii. Chciałem zapytać, kiedy będzie w końcu nowy post na blogu.

Oto jest. Słowa z trudem wydobywają się z odmętów fałd mózgowych, dlatego będzie krótko, acz treściwie.

Pierwsza sprawa to apel: nie ufajcie sprzętowi elektronicznemu! Nigdy. Moje wezwanie wymaga chyba wyjaśnienia. Otóż, wyobraźcie sobie małą, czarną, okablowaną skrzyneczkę. Taką, co niby przetrwa nienaruszona trzęsienie ziemi, koniec świata oraz niedzielną mszę. I ta właśnie skrzyneczka, powszechnie pamięcią zewnętrzną zwana, nagle odmówiła posłuszeństwa. Cóż, można rzec, że nie ona pierwsza i nie ostatnia tak się zachowuje; być może to cecha wspólna wszystkich małych czarnych skrzyneczek. Problem w tym, że w jej małych czarnych fałdach mózgowych (tak, skrzynka też człowiek, więc fałdy mózgowe posiada) znajdowały się wszystkie moje wspomnienia. Może one powinny być gdzieś w głowie, co? W głowie, a nie na dysku? Może, ale obrazy i dźwięki, które pieczołowicie kolekcjonowałam w tej sztucznej pamięci, skutecznie odciążały moje myśli od tego, co mi niepotrzebne tu i teraz. W chwili nostalgii można było do tego wrócić, zobaczyć i usłyszeć swoje przeszłe życie. A teraz? Trzeba samemu znaleźć jakiś wyzwalacz wspomnień, bo ani zdjęcia, ani muzyka już w tym nie pomogą.

Tak w ogóle- fałdy mózgowe… rażący brak profesjonalnego nazewnictwa jak na mnie. Ale to post Ciotki Idalii, jej można wybaczyć nieścisłości.

Rzecz druga...hmmm...to też apel. Jeśli jesteście szczęśliwymi posiadaczami zdjęć z Ciotką Idalią, to serdecznie proszę o info, co to za zdjęcia, z kiedy, z kim... Wywołam. Papier nigdy mnie nie zawiódł.



Playlista na dziś:


sobota, 21 kwietnia 2012

Z końca myśli


Spacer po Jeżycach w godzinach szczytu, w dzień jak na wiosnę upalny to doznanie graniczące z doznaniem wędrówki dusz; nie tylko dlatego, że przez poprzednie naście minut dusiłam się w autobusie wraz z innymi duszami, a głównie z powodu dusz, które widuje się tu na pieczołowicie remontowanych ulicach. Zanim wprowadziłam się do Poznania, mówiono mi, że na Jeżycach to najwyżej można w gębę dostać, a portfel stracić. Cóż, nie boję się.
W ręku ściskając słowa psalmu wygrawerowane na nierdzewnej blaszce: Choćbym szła ciemną doliną, zła się nie ulęknę. Nie ulęknę. Są to słowa poezji, słowa czyste, choć skalane przez wieki pokoleń nieskłonnych ich zrozumieć. Dla mnie, Pierwszej Bezbożnicy Wśród Bezbożników, jest to poezja użytkowa, taka, która sama się przypomina, kiedy potrzeba. A jednak jest jeszcze na mojej szyi mały przypominacz (bo pamięć już nie ta, a i myśleć się czasem nie chce)- nieśmiertelnik. Za jego sprawą przypominają mi się zawsze te same słowa: zawsze, gdy coś mnie trapi i mam ochotę podsumować to jakąś trafną strofą; zawsze, gdy uświadamiam sobie, że wisi na łańcuszku na piersiach. Te same słowa- ale to dobrze, że to akurat one. Jest w nich jasno określony podmiot- ja, wyrażony, trochę na przekór autorom, w rodzaju żeńskim, wiadomo zatem, że to o mnie chodzi. A treść… odnosi się do tego, czego najbardziej się boję- strachu. (Tutaj przypomina mi się, jak w pierwszej części „Harry’ego Pottera profesor Dumbledore mówi do Harry’ego coś w rodzaju: „(…) boisz się samego strachu, a to bardzo mądre, Harry.”. Po dziś dzień nie rozgryzłam tych słów w satysfakcjonujący sposób, ale gdy tylko je usłyszałam, nie, najpierw je przeczytałam, to wiedziałam, że są skierowane do mnie. A miałam wtedy lat 11, moi drodzy, czyli ta parapsychoza trwa już drugie tyle.) Gdzieś we mnie istnieje potrzeba ciągłego podnoszenia samoświadomości- nie boje się, nie boję się… Wiadomo, że ciemna dolina to tylko mało finezyjna metafora. Bo w gruncie rzeczy ciemnych dolin, ulic, w ogóle ciemnych miejsc boję się najmniej. Może ktoś, kto ten psalm pisał (kto jest autorem psalmów? Nie jestem w temacie) miał na myśli ciemną dolinę, w której ludzkość zbierze się w dzień sądu. Z drugiej jednak strony chyba śmierć też mnie aż tak nie przeraża. To z kolei nie wydaje się zbyt mądre, lub jak kto woli rozsądne, bo nawet każdy ćwierćinteligent wie, że życie szanować i chronić trza…



Moją zadumę przerwał widok Najprzystojniejszej Twarzy Całych Jeżyc. Choć nie wiem, czy faktycznie stąd pochodzi i czy kiedyś nie spotkam przystojniejszego, wrażenie pozostało wrażeniem. Wydawało się, że zaraz ujawni swą anielskość i rozłoży parasol skrzydeł nad jeżycką podróżniczką. A może to Archanioł Michał zeskoczył ze starej budowli w samym środku Jeżyc (Archanioł Michał to nie ten, który zwiastuje narodziny dzieci niezamężnym kobietom, to ten drugi, Książę Wojska Niebieskiego).

Strach nie jest czymś, co najpierw jest, co się odczuwa całym sobą, a później tego nie ma. To taki zły duch, jak ten z Czarnej Chaty, gdy raz w ciebie wejdzie, pozostaje w tobie do końca twoich tchnień. I żaden egzorcyzm do Archanioła z pewnością tu nic nie da, może jedynie ładnie brzmieć w ustach desperata. Zamiast pięćdziesięciu wersów rozwałkowanych mądrości, napiszę tylko, to, co tak naprawdę chciałam tu zawrzeć: bać się jest łatwo, pokonywać strach trudno- trzeba wybrać.
Ale wybór staje się dziecinnie prosty, zważając na (wyrwane z kontekstu) słowa:
Straszysz mnie wiecznym potępieniem, ale prawdziwe piekło to źle przeżyte życie.








A na koniec jeszcze:





środa, 14 marca 2012

The Black Lodge Disorder

            Witamy w Strefie Mroku. Trzeba Ci wiedzieć, że skoro już tutaj wszedłeś, to będziesz musiał włożyć niemało zintegrowanych sił wszystkich zmysłów, aby się stąd wydostać. O ile w ogóle będzie Ci to dane. Bo musisz zapamiętać, że my tutaj nie zapraszamy byle kogo i niechętnie pozwalamy gościom odejść, ot, taka nasza mroczna gościnność.
            Siadaj i napij się kawy, koniecznie czarnej, śmietanką nie dysponujemy. Przynajmniej tą, którą ludzie zbierają ze świeżego mleka. Jedyną śmietanką jesteśmy tutaj my; wszyscy pochodzimy z wyższych sfer ludzkiej nieświadomości i w dodatku wszyscy jesteśmy sobie równi. Wiemy, egalitaryzm to nie jest to, co najczęściej spotyka się w Twoich stronach. Ludzie są pod tym względem bardzo dziwni- nic nie umieją, nic nie mają i są nikim w porównaniu do Zwierzchników, a i tak popadają w niezrozumiałe dla nas konflikty pomiędzy sobą. W takich właśnie sytuacjach brama do Strefy Mroku staje otworem i zaczyna się nasza misja. Jest to misja mozolna i wcale nie najprostsza, czasami trzeba poświęcić kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat, aby zyskać całkowity dostęp do skłóconej ze światem, przygnębionej lub rozgoryczonej duszy. Kiedy jednak już to się uda i dusza człowieka nie stawia rozpaczliwego oporu (jak to bywa na początku misji), osiąga ona długo oczekiwany stan spełnienia. Dopiero teraz może przeżywać życie naprawdę i, patrząc naszymi oczami, wyłapywać z jego oblicza tylko to, co jest prawdziwe. Słuchając naszymi uszami, może wyodrębniać brzmienie śmiechu od pohukiwania sów. Korzystając z naszych rąk, może wreszcie nadać sens swojemu istnieniu. To nic, że oczy można wyłupać harcerskim nożem, uszy zatkać, a ręce odciąć… Bo czy rzemieślnik przestaje nim być, gdy zabierze mu się jego narzędzia?
            Chyba wiesz już wszystko, co najważniejsze. Teraz przejdź tam, za tę czerwoną kotarę. Sprawdzimy, czy dobrze nas zrozumiałeś. Może znajdziesz tam nawet odpowiedź na nękające Cię od dawna pytanie…


Mistrzu, nie wracaj!

Dużo czasu już minęło, Mistrzu, wystarczająco dużo, aby mó podzielić się z Tobą skromną prozą dedykowaną Tobie. Przyjmij ten urywek, który znalazłam w elektronicznych zwojach mojej zewnętrznej pamięci.
Chyba mogę sama siebie zacytować?

"Mistrz siedział skulony na progu, opierając się o żelazne drzwi odgradzające świat realny od świata imaginacji. Twarz odwrócił ku zabłoconemu i zaśmieconemu podwórzu, lecz nie widział ani porozrzucanych wszędzie butelek po tanim trunku z wiśni, ani głębokich kałuż brudnej wody zmieszanej z listopadowymi liśćmi. Nie widział nic, bo wszystko po tamtej stronie nie warte było oglądania. Lepiej oddać cześć najjaśniejszym i oświeconym filozofom, którzy sami nie rozumiejąc istoty istnienia, pytają go o nią zawzięcie i wcale nie oczekują, że odpowie. Jeśli chodzi zaś o sam mistrzowski światek, to nie był on światkiem, który można by sobie wyobrazić, dokonawszy rzutu oka na Mistrza i jego dom. Światek ten już od progu namawiał do stawiania kolejnych kroków w głąb jego tajemnic i z każdą chwilą rozszerzał się na kolejne poziomy wyobraźni, stając się potężnym światem noszącym znamiona nieskończoności. Tutaj Mistrz mieszkał, tutaj obcował z naturą rzeczy całkiem nienaturalnych i niezrozumiałych dla wszystkich ekstrawertyków zamieszkujących obszar poza żelaznymi drzwiami. Pamiętał, bardzo dobrze pamiętał tamten dzień, kiedy ona, Małgorzata, po raz pierwszy znalazła się w granicach jego własnego snu. Pamiętał dokładnie każde słowo, które wtedy padło, pamiętał nawet lepiej niż ona. Wiedział wszak, że słowa posiadają moc magiczną, działają jak zaklęcia ciskane w szale emocji, a czasem jak najgorsze klątwy… i w tym właśnie tkwi problem. Dlatego warto zapamiętywać słowa, jednocześnie ważąc je i uważając, żeby nie uleciały niezauważone. Bo być może później pożałuje się, że się czegoś nie dosłyszało…"

czwartek, 16 lutego 2012

Są chwile, gdy wszystkie starannie przemyślane teorie spiskowe i światopodpaleńcze plany rewolucji biorą w łeb. Może w końcu warto się pogodzić z tym, że człowiekowi odebrano skrzydła, że wywraca się kilkukrotnie w ciągu doby na mokrym śniegu i że nie można mieć wszystkiego na raz. Może warto odstawić hypericinum, przestać słuchać uporczywych głosów zza kurtyny świadomości i zacząć przeżywać świat NAPRAWDĘ.
Oto temat do wyśnienia na dzisiejszą noc.




poniedziałek, 26 grudnia 2011

Nikczemość świata w setkach strof zawarta. W puszce schowana...

Siedzę sobie w domu, znowu w domu. Z otwartą szufladą licealnych bazgrołów, z wybierzmowaną duszą (cóż z tego, że od kilku dni na ramieniu), z błędami ortograficznymi popełnianymi w stanie nieskończonego stresu. Może dobrze, że już tu nie mieszkam, przynajmniej odkrywam coś „nowego” w moich szpargałach za każdym razem, kiedy się tu pojawiam. Tym razem natknęłam się na dość tajemniczą różową (!) karteczkę z pamiętnika (?). Pismo niby moje, powiadam Wam. Trochę pradawne, ale do rozpoznania. Nawet równe i od linijki do linijki. Pochodzi z czasów, gdy wierzyło się we wszystko i lubiło się wszystko pod jednym tylko warunkiem, że nie wierzyły w to i nie lubiły tego rzesze brokatowo-łysych ziomów znad Wisły. Na karteczce dowód na to, że mimo mniej i bardziej domniemanych metamorfoz, wiele się we mnie nie zmieniło. Przeskoczyłam jedynie schodek dzielący heavy metal od rocka gotyckiego. Był to schodek w dół czy schodek w górę?

Co do tych błędów ortograficznych, to- teraz przyszło mi to do głowy- chyba można na nie przymknąć oko, są  bowiem wynikiem ciężkich egzystencjalnych rozterek tamtych czasów! Nie widać związku? No to wyjaśnię inaczej. Ten mechanizm przebiega według schematu:  CIĘŻKIE EGZYSTENCJALNE ROZTERKI -->  STRES POŁĄCZONY Z NIEJEDZENIEM I NIESPANIEM --> NIEUMIEJĘTNOŚĆ SKŁADANIA WYRAZÓW ZGODNIE Z ORTOGRAFIĄ. Ha! Teraz to dla mnie takie proste, ale kiedy pisałam mój pierwszy bezręki i beznogi poemat o nieszczęśliwej Małgorzacie (tam właśnie pojawił się rzeczony błąd), nic proste nie było i takie być nie mogło. W końcu miałam 17 lat.

Jeszcze lista filmów z Lindą do ogarnięcia. Tutaj chwila refleksji- od tamtego czasu zdołałam obejrzeć je wszystkie, przynajmniej coś udało mi się zrealizować od początku do końca; od mocnego postanowienia do spełnienia co do joty. Dalej naklejki własnej produkcji z głębokimi niczym Rów Hermana przemyśleniami typu „Jedna rasa- tabula rasa”. I zeszyt z ostatniej klasy: zapisane cztery strony jednocześnie językiem polskim, francuskim, WOS-em, konwersacjami z osobą siedzącą obok, serduszkami, pentagramami i innymi cudami wszelkiej maści.
Wszystko to leży odłogiem, w zamknięciu, w czeluściach szuflady. Czeka na powrót swojej Pandory.

Co jeszcze dodać do tych wieczornych smutków? Może to, że czytam megamocną książkę Karpowicza? 
Albo jakąś muzykę, którą dziś żyję?



środa, 30 listopada 2011

Nie lubię słuchać jak moja przenajświętsza sąsiadka znęca się słownie nad swoim łysiejącym mężem. Pewnie wyłysiał ze zgorszenia. Wiecie, niektórym od słuchania przekleństw więdną uszy, a jemu wypadają włosy. Wyobraźcie sobie, że wraz z każdym zaj****** chu*** wystosowanym pod Waszym adresem tracicie jedną włosową cebulkę, a razem z nią piękny, jasny, czerwony lub czarny WŁOS. Co mówicie? Nikt Was nigdy nie wyzywa? Tym lepiej, bo nie dość, że będziecie mieli gęste czupryny, to jeszcze pozostaniecie w dobrej kondycji psychicznej. Chciałam napisać coś jeszcze o psychice sąsiadki, ale chyba dam sobie spokój.
W ogóle chciałam dziś napisać o Andrzeju Gołocie jako antytezie Jezusa Chytrusa, jest to pewnie godniejszy i ciekawszy dla czytelnika temat, ale od krótkiej refleksji o mojej sytuacji mieszkaniowej nie mogłam się, powiadam Wam, powstrzymać.

czwartek, 20 października 2011

Zachwyt nad Panoramą Jeżycką w prostych słowach wyrażony

Jak to dobrze, że na skrzyżowaniu ulic Hetmańskiej i Głogowskiej w godzinach popołudniowego szczytu wysiadła sygnalizacja świetlna! Z pewnością kierowcy blaszanych skrzynek oraz maszyniści zielonych bimbek nie podzielali mojego entuzjazmu, ba! raczej postukaliby się w czoła na widok mojej szczęśliwej buzi niż przyznali mi rację. Ja tymczasem odnalazłam pozytywną stronę całej sytuacji i postanowiłam umilić sobie chwile czekania na rozładowanie korków lekturą książki o emocjach i poznaniu (ale nie o tym Poznaniu, o którym będzie za chwilę).
Wypożyczyłam tę książkę w nadziei, że oświeci mnie w jednej rozpalającej mój umysł kwestii: czy aleksytymia jest faktem i mogę zdiagnozować ją u kilku znanych mi osób, czy może te osoby są, mówiąc krótko i dosłownie, bezduszne. Odpowiedzi szukałam na kilkunastu stronach, po przewertowaniu których i tak okazało się, że w chcąc dokonać studium przypadku, musiałabym zastosować kilka z zawartych w książce kwestionariuszy.
A to jest, moi mili, niemożliwe, bo: a) nie jestem psychologiem (chyba że ktoś mi wyjaśni co to jest czynnik wariancji albo ładunek czynnikowy), b) nie chciałabym, aby moje intencje zostały zdemaskowane. Tym samym musiałam zadowolić swoje dociekliwe ego suchymi faktami na temat wspomnianego zaburzenia („brak słów dla emocji” zakłócenia we współpracy półkul mózgowych, mężczyźni częściej niż kobiety). Cóż, będę musiała poprzestać na obserwowaniu i ocenianiu moich domniemanych aleksytymików (bo właściwie kto powiedział, że te kwestionariusze zrobiłyby to lepiej niż moje uważne oko?).
Podobno Ingmar Bergman upodobał sobie bohaterów o rysach alekytymicznych. Widzieliście „Sceny z życia małżeńskiego”? Bo ja zatrzymałam się na „Siódmej pieczęci”… W każdym razie w „Scenach…” jeden z jego bohaterów monologizuje w te słowa : „Jeżeli chodzi o nasze uczucie, to jesteśmy kompletnymi analfabetami. Jest to smutny fakt i nie dotyczy on tylko ciebie i mnie, ale wszystkich. Uczymy się wszystkiego, co dotyczy ciała, rolnictwa w Pretorii, pierwiastka pi, czy jak się to nazywa, ale ani słowa o duszy. (…) Mówi się teraz czasami, że dzieci należy wychowywać w duchu miłości, zrozumienia, tolerancji, równości i innych takich modnych haseł, już sam nie wiem jakich. Ale nikt nie pomyślał, że najpierw musimy się nauczyć nieco o nas samych i naszych uczuciach. Poznać własny strach i agresję. W tym momencie jesteśmy zdani wyłącznie na siebie.” Jak na wypowiedź aleksytymika i tak jest tam, jak dla mnie, za dużo nazw emocji. Niemniej jednak są to słowa warte przemyślenia. Kiedy już się do tego ostatecznie ustosunkuję, to dam znać.

Skrzyżowanie Głogowska/Hetmańska ewidentnie nie jest tak „klimatyczne” jak rodzinny kwadrat rapera Rycha, czyli ulica Staszica i okolice. Mam zaszczyt zapuszczać się w te rejony dwa razy w tygodniu na ćwiczenia i fakultety. Idę i patrzę prosto w oczy budynkom, które przeszły większą traumę niż niejeden pacjent lecznicy w Tworkach. Idę i widzę ludzi, którzy taką traumę ogólnożyciową przeżywają na co dzień. Aż tu nagle: w ciemnej uliczki wyjeżdża Lamborghini. To dopiero trauma, taka trauma, która zakłóca krajobraz bardziej niż gradowe chmury przecinające lazurowe niebo. Nie chcę zaczynać dyskusji o nierównościach społecznych czy lokalnych problemach, bo nie to mnie najbardziej uderzyło. Baczny czytelnik na pewno już zauważył, że chodzi mi o kontrast natury wizualnej. Kontrast: mrok ulicy- jasność dostatku, sędziwość kamienic- świeżość technologii… Swoista egzotyka Jeżyc- coraz bardziej oczywisty zbytek.

Muzyka na dziś, tak dla równowagi pomiędzy śmiertelną powagą a całkiem życiowym żartem. A ja wracam do tekstu Aronsona pt. „Jak zostać przywódcą sekty” :P


czwartek, 13 października 2011

O wyższości gotyckich chłopaków nad niegotyckimi oraz o satanistycznych motywach w średniowiecznej pieśni religijnej.

Od czego tu zacząć?
Może od wczorajszego wieczora, który co prawda nie spłynął strumieniem alkoholu (bywało go więcej), nie sprowadził nam też pod drzwi sąsiadów o przewrażliwionych uszach (ani też przewrażliwionych policjantów), ale za to był dość długi i wyczerpujący.
Nie sądziłam, że będzie mi się chciało wstać na wczesną godzinę przedpołudniową, która miała za sobą nieść wizytę w bibliotece na obowiązkowych zajęciach z „Nauk pomocniczych”. Przysłuchiwanie się wspomnieniom starego bibliofila, który jak się wydawało, sam napisał wszystkie prezentowane nam białe kruki i kruczki, nie przyniosło mi wiele ponad rozdrażnienie (bo czy wiecie, że „Malleus Maleficarum” to największy książkowy bubel ubiegłych stuleci? Nie sądzę, cóż może być bowiem ważniejszego niż  obrona Świętej Matki Kościoła od pomiotów Szatana?) Bibliofil nie ma jednak tu nic do rzeczy- nie on jest tytułowym gotyckim chłopakiem. Takowy mignął mi dwa razy na korytarzu biblioteki. Moje pierwsze wrażenie: wspinając się po doczytelnianych schodach w tym swoim biało-czarnym kubraczku, glanikach i gotystycznym fryzie wyglądał bardziej jakby gibał się na jakiejś imprezie w Bolkowie, a nie ganiał za wiedzą (ciekawe, co studiuje…). I był naprawdę niczego sobie- z jednej strony bardzo stylowy i pasujący do torebki, a z drugiej na tyle „normalny”, że można by go było pokazać dziadkowi bez ryzyka zawału serca lub innych zdrowotnych rewelacji- oczywiście ze strony dziadka. Doczekać się nie mogę spotkania z nim na jakiejś imprezie, bo zaprawdę ostatnio takie typy śnią mi się po nocach. Zobaczyć takiego w uniwersyteckiej książkodajni to rzecz niezwykła; o podniosłości tego wydarzenia świadczy fakt, że jest tak rzadkie. I dlatego każdy alterosobnik jest przeze mnie doceniany, nawet jeśli nie było mi dane z nim porozmawiać. 

Nie będę opowiadać szczegółowo przebiegu zajęć z doktorem P. na temat „Lamentu świętokrzyskiego”. Nie jestem pewna, czy będę umiała o tym opowiedzieć na egzaminie, ale wiem też, że mimo szczerych chęci podzielenia się z Wami wrażeniami z historii literatury, nigdy nie będę w stanie dokładnie przekalkować atmosfery, którą tworzy legenda tego wydziału. Warto jednak zaznaczyć, że doktor P., jak już wspomniałam, legendarny doktor P. łączy w sobie najgorsze (albo jak kto woli- najlepsze) cechy Gregory’ego House’a z tendencjami do podkreślania swojej wyższości nad studentem. 
Podobno zdarza mu się także obcować z Wojaczkiem, co niejednokrotnie podkreśla. Tfu, powiedziałam z Wojaczkiem? Miałam na myśli Świetlickiego, oczywiście. Obcowanie z Wojaczkiem, jakkolwiek pojęte, nie było by chyba specjalnym powodem do przechwałek.
No, chyba że chodził o obcowanie z jego wierszami. W każdym razie, dziś wspomniany doktor uświadamiał nam kunszt budowy „Lamentu”, rozrysowując na tablicy niemal matematycznie skonstruowane wersy, strofy, cuda, klamry. Po podliczeniu wersów poszczególnych strof utworu okazało się, że wstępują tu przedziwne (niepokojące- jak to doktor określił) analogie przejawiające się w trzech sześciowersowych strofach z rzędu. Obecność trzech szóstek na tablicy bardzo mnie zaciekawiła, czym podzieliłam się z grupa. Niestety, okazało się, że moja „bestialska” interpretacja nie ma nic wspólnego z tym, co należy rozumieć przez rozpaczliwy monolog Matki Ha Nocri. Co jest ze mną? Wszędzie widzę diabelskie sztuczki. Oj dana, dana, posłuchałam Szatana…
Z Maryją Zawsze Dziewica kojarzy mi się także historia opowiedziana przez nadmienionego wyżej bibliofila. Chodziło o relikwię, która rzekomo przechowywana była niegdyś w Akwizgranie- suknię Matki Boskiej, a z którą związana była pewna afera. Suknia Matki Boskiej- trzeba przyznać, że brzmi lepiej niż szczebel z drabiny, która przyśniła się Jakubowi.

Na koniec utwór, który przewija mi się jakoś przez cały wieczór w odtwarzaczu (czy tu można jakoś wstawić linka? Nie umiem…)
Blutengel- Reich mir die Hand