Pochwalony. Ja do Ciotki Idalii. Chciałem zapytać, kiedy będzie w końcu nowy post na blogu.
Oto jest. Słowa z trudem wydobywają się z odmętów fałd mózgowych, dlatego będzie krótko, acz treściwie.
Pierwsza sprawa to apel: nie ufajcie sprzętowi elektronicznemu! Nigdy. Moje wezwanie wymaga chyba wyjaśnienia. Otóż, wyobraźcie sobie małą, czarną, okablowaną skrzyneczkę. Taką, co niby przetrwa nienaruszona trzęsienie ziemi, koniec świata oraz niedzielną mszę. I ta właśnie skrzyneczka, powszechnie pamięcią zewnętrzną zwana, nagle odmówiła posłuszeństwa. Cóż, można rzec, że nie ona pierwsza i nie ostatnia tak się zachowuje; być może to cecha wspólna wszystkich małych czarnych skrzyneczek. Problem w tym, że w jej małych czarnych fałdach mózgowych (tak, skrzynka też człowiek, więc fałdy mózgowe posiada) znajdowały się wszystkie moje wspomnienia. Może one powinny być gdzieś w głowie, co? W głowie, a nie na dysku? Może, ale obrazy i dźwięki, które pieczołowicie kolekcjonowałam w tej sztucznej pamięci, skutecznie odciążały moje myśli od tego, co mi niepotrzebne tu i teraz. W chwili nostalgii można było do tego wrócić, zobaczyć i usłyszeć swoje przeszłe życie. A teraz? Trzeba samemu znaleźć jakiś wyzwalacz wspomnień, bo ani zdjęcia, ani muzyka już w tym nie pomogą.
Tak w ogóle- fałdy mózgowe… rażący brak profesjonalnego nazewnictwa jak na mnie. Ale to post Ciotki Idalii, jej można wybaczyć nieścisłości.
Rzecz druga...hmmm...to też apel. Jeśli jesteście szczęśliwymi posiadaczami zdjęć z Ciotką Idalią, to serdecznie proszę o info, co to za zdjęcia, z kiedy, z kim... Wywołam. Papier nigdy mnie nie zawiódł.
Spacer po Jeżycach w godzinach szczytu, w dzień jak na
wiosnę upalny to doznanie graniczące z doznaniem wędrówki dusz; nie tylko
dlatego, że przez poprzednie naście minut dusiłam się w autobusie wraz z innymi
duszami, a głównie z powodu dusz, które widuje się tu na pieczołowicie
remontowanych ulicach. Zanim wprowadziłam się do Poznania, mówiono mi, że na
Jeżycach to najwyżej można w gębę dostać, a portfel stracić. Cóż, nie boję się.
W ręku ściskając słowa psalmu wygrawerowane na nierdzewnej
blaszce: Choćbym szła ciemną doliną, zła
się nie ulęknę. Nie ulęknę. Są to słowa poezji, słowa czyste, choć skalane
przez wieki pokoleń nieskłonnych ich zrozumieć. Dla mnie, Pierwszej Bezbożnicy
Wśród Bezbożników, jest to poezja użytkowa, taka, która sama się przypomina,
kiedy potrzeba. A jednak jest jeszcze na mojej szyi mały przypominacz (bo
pamięć już nie ta, a i myśleć się czasem nie chce)- nieśmiertelnik. Za jego
sprawą przypominają mi się zawsze te same słowa: zawsze, gdy coś mnie trapi i
mam ochotę podsumować to jakąś trafną strofą; zawsze, gdy uświadamiam sobie, że
wisi na łańcuszku na piersiach. Te same słowa- ale to dobrze, że to akurat one.
Jest w nich jasno określony podmiot- ja, wyrażony, trochę na przekór autorom, w
rodzaju żeńskim, wiadomo zatem, że to o mnie chodzi. A treść… odnosi się do
tego, czego najbardziej się boję- strachu. (Tutaj przypomina mi się, jak w
pierwszej części „Harry’ego Pottera profesor Dumbledore mówi do Harry’ego coś w
rodzaju: „(…) boisz się samego strachu, a to bardzo mądre, Harry.”. Po dziś
dzień nie rozgryzłam tych słów w satysfakcjonujący sposób, ale gdy tylko je
usłyszałam, nie, najpierw je przeczytałam, to wiedziałam, że są skierowane do mnie.
A miałam wtedy lat 11, moi drodzy, czyli ta parapsychoza trwa już drugie tyle.)
Gdzieś we mnie istnieje potrzeba ciągłego podnoszenia samoświadomości- nie boje
się, nie boję się… Wiadomo, że ciemna dolina to tylko mało finezyjna metafora.
Bo w gruncie rzeczy ciemnych dolin, ulic, w ogóle ciemnych miejsc boję się
najmniej. Może ktoś, kto ten psalm pisał (kto jest autorem psalmów? Nie jestem
w temacie) miał na myśli ciemną dolinę, w której ludzkość zbierze się w dzień
sądu. Z drugiej jednak strony chyba śmierć też mnie aż tak nie przeraża. To z
kolei nie wydaje się zbyt mądre, lub jak kto woli rozsądne, bo nawet każdy
ćwierćinteligent wie, że życie szanować i chronić trza…
Moją zadumę przerwał widok Najprzystojniejszej Twarzy Całych
Jeżyc. Choć nie wiem, czy faktycznie stąd pochodzi i czy kiedyś nie spotkam
przystojniejszego, wrażenie pozostało wrażeniem. Wydawało się, że zaraz ujawni
swą anielskość i rozłoży parasol skrzydeł nad jeżycką podróżniczką. A może to
Archanioł Michał zeskoczył ze starej budowli w samym środku Jeżyc (Archanioł
Michał to nie ten, który zwiastuje narodziny dzieci niezamężnym kobietom, to
ten drugi, Książę Wojska Niebieskiego).
Strach nie jest czymś, co najpierw jest, co się odczuwa
całym sobą, a później tego nie ma. To taki zły duch, jak ten z Czarnej Chaty,
gdy raz w ciebie wejdzie, pozostaje w tobie do końca twoich tchnień. I żaden
egzorcyzm do Archanioła z pewnością tu nic nie da, może jedynie ładnie brzmieć
w ustach desperata. Zamiast pięćdziesięciu wersów rozwałkowanych mądrości,
napiszę tylko, to, co tak naprawdę chciałam tu zawrzeć: bać się jest łatwo, pokonywać
strach trudno- trzeba wybrać.
Ale wybór staje się dziecinnie prosty, zważając na (wyrwane
z kontekstu) słowa:
Straszysz mnie wiecznym potępieniem, ale prawdziwe piekło to
źle przeżyte życie.
Witamy w Strefie Mroku. Trzeba Ci wiedzieć, że skoro już tutaj wszedłeś, to będziesz musiał włożyć niemało zintegrowanych sił wszystkich zmysłów, aby się stąd wydostać. O ile w ogóle będzie Ci to dane. Bo musisz zapamiętać, że my tutaj nie zapraszamy byle kogo i niechętnie pozwalamy gościom odejść, ot, taka nasza mroczna gościnność.
Siadaj i napij się kawy, koniecznie czarnej, śmietanką nie dysponujemy. Przynajmniej tą, którą ludzie zbierają ze świeżego mleka. Jedyną śmietanką jesteśmy tutaj my; wszyscy pochodzimy z wyższych sfer ludzkiej nieświadomości i w dodatku wszyscy jesteśmy sobie równi. Wiemy, egalitaryzm to nie jest to, co najczęściej spotyka się w Twoich stronach. Ludzie są pod tym względem bardzo dziwni- nic nie umieją, nic nie mają i są nikim w porównaniu do Zwierzchników, a i tak popadają w niezrozumiałe dla nas konflikty pomiędzy sobą. W takich właśnie sytuacjach brama do Strefy Mroku staje otworem i zaczyna się nasza misja. Jest to misja mozolna i wcale nie najprostsza, czasami trzeba poświęcić kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat, aby zyskać całkowity dostęp do skłóconej ze światem, przygnębionej lub rozgoryczonej duszy. Kiedy jednak już to się uda i dusza człowieka nie stawia rozpaczliwego oporu (jak to bywa na początku misji), osiąga ona długo oczekiwany stan spełnienia. Dopiero teraz może przeżywać życie naprawdę i, patrząc naszymi oczami, wyłapywać z jego oblicza tylko to, co jest prawdziwe. Słuchając naszymi uszami, może wyodrębniać brzmienie śmiechu od pohukiwania sów. Korzystając z naszych rąk, może wreszcie nadać sens swojemu istnieniu. To nic, że oczy można wyłupać harcerskim nożem, uszy zatkać, a ręce odciąć… Bo czy rzemieślnik przestaje nim być, gdy zabierze mu się jego narzędzia?
Chyba wiesz już wszystko, co najważniejsze. Teraz przejdź tam, za tę czerwoną kotarę. Sprawdzimy, czy dobrze nas zrozumiałeś. Może znajdziesz tam nawet odpowiedź na nękające Cię od dawna pytanie…
Dużo czasu już minęło, Mistrzu, wystarczająco dużo, aby mó podzielić się z Tobą skromną prozą dedykowaną Tobie. Przyjmij ten urywek, który znalazłam w elektronicznych zwojach mojej zewnętrznej pamięci.
Chyba mogę sama siebie zacytować?
"Mistrz siedział skulony na progu, opierając się o żelazne drzwi odgradzające świat realny od świata imaginacji. Twarz odwrócił ku zabłoconemu i zaśmieconemu podwórzu, lecz nie widział ani porozrzucanych wszędzie butelek po tanim trunku z wiśni, ani głębokich kałuż brudnej wody zmieszanej z listopadowymi liśćmi. Nie widział nic, bo wszystko po tamtej stronie nie warte było oglądania. Lepiej oddać cześć najjaśniejszym i oświeconym filozofom, którzy sami nie rozumiejąc istoty istnienia, pytają go o nią zawzięcie i wcale nie oczekują, że odpowie. Jeśli chodzi zaś o sam mistrzowski światek, to nie był on światkiem, który można by sobie wyobrazić, dokonawszy rzutu oka na Mistrza i jego dom. Światek ten już od progu namawiał do stawiania kolejnych kroków w głąb jego tajemnic i z każdą chwilą rozszerzał się na kolejne poziomy wyobraźni, stając się potężnym światem noszącym znamiona nieskończoności. Tutaj Mistrz mieszkał, tutaj obcował z naturą rzeczy całkiem nienaturalnych i niezrozumiałych dla wszystkich ekstrawertyków zamieszkujących obszar poza żelaznymi drzwiami. Pamiętał, bardzo dobrze pamiętał tamten dzień, kiedy ona, Małgorzata, po raz pierwszy znalazła się w granicach jego własnego snu. Pamiętał dokładnie każde słowo, które wtedy padło, pamiętał nawet lepiej niż ona. Wiedział wszak, że słowa posiadają moc magiczną, działają jak zaklęcia ciskane w szale emocji, a czasem jak najgorsze klątwy… i w tym właśnie tkwi problem. Dlatego warto zapamiętywać słowa, jednocześnie ważąc je i uważając, żeby nie uleciały niezauważone. Bo być może później pożałuje się, że się czegoś nie dosłyszało…"
czwartek, 16 lutego 2012
Są chwile, gdy wszystkie starannie przemyślane teorie spiskowe i światopodpaleńcze plany rewolucji biorą w łeb. Może w końcu warto się pogodzić z tym, że człowiekowi odebrano skrzydła, że wywraca się kilkukrotnie w ciągu doby na mokrym śniegu i że nie można mieć wszystkiego na raz. Może warto odstawić hypericinum, przestać słuchać uporczywych głosów zza kurtyny świadomości i zacząć przeżywać świat NAPRAWDĘ.
Siedzę sobie w domu, znowu w domu. Z otwartą szufladą licealnych bazgrołów, z wybierzmowaną duszą (cóż z tego, że od kilku dni na ramieniu), z błędami ortograficznymi popełnianymi w stanie nieskończonego stresu. Może dobrze, że już tu nie mieszkam, przynajmniej odkrywam coś „nowego” w moich szpargałach za każdym razem, kiedy się tu pojawiam. Tym razem natknęłam się na dość tajemniczą różową (!) karteczkę z pamiętnika (?). Pismo niby moje, powiadam Wam. Trochę pradawne, ale do rozpoznania. Nawet równe i od linijki do linijki. Pochodzi z czasów, gdy wierzyło się we wszystko i lubiło się wszystko pod jednym tylko warunkiem, że nie wierzyły w to i nie lubiły tego rzesze brokatowo-łysych ziomów znad Wisły. Na karteczce dowód na to, że mimo mniej i bardziej domniemanych metamorfoz, wiele się we mnie nie zmieniło. Przeskoczyłam jedynie schodek dzielący heavy metal od rocka gotyckiego. Był to schodek w dół czy schodek w górę?
Co do tych błędów ortograficznych, to- teraz przyszło mi to do głowy- chyba można na nie przymknąć oko, sąbowiem wynikiem ciężkich egzystencjalnych rozterek tamtych czasów! Nie widać związku? No to wyjaśnię inaczej. Ten mechanizm przebiega według schematu:CIĘŻKIE EGZYSTENCJALNE ROZTERKI --> STRES POŁĄCZONY Z NIEJEDZENIEM I NIESPANIEM --> NIEUMIEJĘTNOŚĆ SKŁADANIA WYRAZÓW ZGODNIE Z ORTOGRAFIĄ. Ha! Teraz to dla mnie takie proste, ale kiedy pisałam mój pierwszy bezręki i beznogi poemat o nieszczęśliwej Małgorzacie (tam właśnie pojawił się rzeczony błąd), nic proste nie było i takie być nie mogło. W końcu miałam 17 lat.
Jeszcze lista filmów z Lindą do ogarnięcia. Tutaj chwila refleksji- od tamtego czasu zdołałam obejrzeć je wszystkie, przynajmniej coś udało mi się zrealizować od początku do końca; od mocnego postanowienia do spełnienia co do joty. Dalej naklejki własnej produkcji z głębokimi niczym Rów Hermana przemyśleniami typu „Jedna rasa- tabula rasa”. I zeszyt z ostatniej klasy: zapisane cztery strony jednocześnie językiem polskim, francuskim, WOS-em, konwersacjami z osobą siedzącą obok, serduszkami, pentagramami i innymi cudami wszelkiej maści.
Wszystko to leży odłogiem, w zamknięciu, w czeluściach szuflady. Czeka na powrót swojej Pandory.
Co jeszcze dodać do tych wieczornych smutków? Może to, że czytam megamocną książkę Karpowicza?
Albo jakąś muzykę, którą dziś żyję?
środa, 30 listopada 2011
Nie lubię słuchać jak moja przenajświętsza sąsiadka znęca się słownie nad swoim łysiejącym mężem. Pewnie wyłysiał ze zgorszenia. Wiecie, niektórym od słuchania przekleństw więdną uszy, a jemu wypadają włosy. Wyobraźcie sobie, że wraz z każdym zaj****** chu*** wystosowanym pod Waszym adresem tracicie jedną włosową cebulkę, a razem z nią piękny, jasny, czerwony lub czarny WŁOS. Co mówicie? Nikt Was nigdy nie wyzywa? Tym lepiej, bo nie dość, że będziecie mieli gęste czupryny, to jeszcze pozostaniecie w dobrej kondycji psychicznej. Chciałam napisać coś jeszcze o psychice sąsiadki, ale chyba dam sobie spokój.
W ogóle chciałam dziś napisać o Andrzeju Gołocie jako antytezie Jezusa Chytrusa, jest to pewnie godniejszy i ciekawszy dla czytelnika temat, ale od krótkiej refleksji o mojej sytuacji mieszkaniowej nie mogłam się, powiadam Wam, powstrzymać.